piątek, 18 sierpnia 2017

Pies na wywczasie?

Wychowanie psa to proces ciągły. To nie są sesje szkoleniowe raz w tygodniu albo treningi sztuczek dwa razy dziennie. Wszystko co robimy, spacery, zabawa, nawet to że w tym momencie ignoruję Pimpka pisząc ten post, ma wpływ na jego wychowanie. 

W każdym domu panują inne zasady. U mnie na przykład nie jest problemem siadanie na stole ale już niedopuszczalne jest chodzenie boso. Każdy sam wie jakiego chce mieć psa (a przynajmniej mam taką nadzieję). Każdy układa sobie życie według swoich preferencji. Ale kiedyś pojawia się moment, gdy musimy na jakiś czas przekazać czworonoga innej osobie...

Jeśli jestem chora i nie mam siły wyjść na spacer, często robi to Beata (link do jej kanału na youtube znajdziecie TU). Zna mojego psa, wie "jak się nim posługiwać". Jestem spokojna, że nie wymyśli niczego jak na przykład... Nie, może to czytać więc raczej nie będę jej podpowiadać ;P Ale nie każdy ma ten komfort, jakim jest mieszkający blisko, zaprzyjaźniony psiarz.
Wakacje to czas oddawania psów do hoteli, wynajmowania petsitterów, podrzucania rodzinie... Nie wszędzie da się jechać z psiakiem, to zrozumiałe. Robimy reaserch, słuchamy ploteczek o różnych psich pensjonatach, wybieramy hotel 5* z codziennym spa i polerowaniem pazurków. Zostawiamy, płaczemy, cały urlop siedzimy jak na szpilkach czekając na mail z dziennym info... "Wywczasowani" i "wypoczęci" odbieramy psiurka i... Nie wierzymy własnym oczom.

Gruby, chudy, czy to są mięśnie? Od kiedy umie się turlać, czemu nagle pilnuje piłki? Czy on szczeka na ludzi za płotem? Dlaczego grzecznie siedzi gdy napełniam mu miskę? CZY TO NA PEWNO JEST MÓJ PIES?

Nieprzewidzianą sytuacją było na przykład wytarzanie
w zwierzęcych odchodach
Znam to z obu stron. 
Parę lat temu, przez dwa tygodnie opiekowałam się psem koleżanki. Zadałam jej mnóstwo pytań, starając się by Frida czuła się jak u siebie w domu, ale nie da się przewidzieć wszystkiego. Gdy nie wiedziałam co zrobiliby jej właściciele, postępowałam z nią jak z Pimpkiem. Jak ją to zmieniło - nie wiem. Państwo Fridy prosili mnie o ćwiczenie z nią sztuczek, lepsze ich opanowanie na pewno było jakimś skutkiem "wakacji".

Kiedy ja wyjeżdżam, z braku laku podrzucam psa dziadkom. Nie jest to idealne rozwiązanie (oczywiście ja wolałabym się z Pimpkiem nie rozstawać ani na chwilę), bo dziadkowie psów nie lubią i latem na noc kojcują. W dzień psiak biega po działce, chodzi z babcią na spacery ale ogólnie prowadzi żywot wiejskiego burka. 

Tym razem został na wsi tydzień. Wróciwszy z zagranicznych wojaży natychmiast go odebrałam, wyściskałam i poszłam na spacer.
I szlag mnie trafił.
Mój cudowny, zaczynający już fajnie wyglądać aport - zniszczony. Pies nie wie co zrobić z piłką, goni ale oddać już nie myśli. Posłuszeństwo na spacerze mocno okulało.
Co gorsza, Pimpek wrócił z kłopotami żołądkowymi. Weterynarz straszył nas rakiem prostaty, na szczęście USG nic nie wykazało.

Plany wystąpienia na Dog Games Fall raczej nie dojdą do skutku. No cóż, jestem wściekła i rozczarowana. Nie mam oczywiście pretensji do rodziny, wiem że robili co uważali za słuszne. Zapewne w swoim mniemaniu wyśmienicie bawili się z psem, rzucając mu patyki. Nie wiem co się stało, co było przyczyną obecnego stanu rzeczy. Dla mnie to nowe wyzwanie, nowa przeszkoda, którą muszę pokonać. 

No, wypłakałam się. Teraz czas zakasać rękawy i do roboty...


Nie cierpię więc niewyjaśnionych przyczyn.

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Problem - Burza

Lato to cudowny czas. Ciepło, wakacje, energia. Można szaleć cały dzień, pluskać się w wodzie i próbować nowych rzeczy. Idealnie. No, prawie.
Ta piękna pora roku ma jeszcze jedno oblicze - deszczowe, i to deszczowe w najgorszym możliwym wydaniu.

Burzę.

Ciężko znaleźć psa, który nie boi się wystrzałów. Który spokojnie śpi w Sylwestra. Myślałam kiedyś że takiego mam, niestety, fobia dźwiękowa (bo to o niej mówimy) z wiekiem się powiększa. Robi się coraz gorzej.
Nie muszę wyglądać przez okno, żeby sprawdzić czy niebo zasnuło się czarnymi chmurami. Wystarczy, że poczuję między nogami psa, wślizgującego się pod moje biurko.
Tak, Pimpek panicznie boi się burzy. Każda większa ulewa powoduje dyszenie i obłęd w oczach. Pies nie jest w stanie załatwić się na spacerze do dwóch godzin po ulewie. W domu szuka schronienia, stojąca w pobliżu okna klatka nie wystarcza. W żadnym miejscu nie jest w stanie usiedzieć długo. Zwłaszcza, jeśli moja nielubiąca kłaków mama (dziwne, prawda?) zamknie mu przed nosem drzwi do łazienki, tym samym czyniąc niedostępną fortecę wanny. Przerażony pies natychmiast wskoczy do na chwilę otwartej szafki w kuchni, byle tylko schować się przed światem.


Dotychczas nie robiłam nic. Totalnie ignorowałam zachowanie Pimpka w myśl zasady "nie nagradzaj za strach". Jeśli usłyszeliśmy jakiś wystrzał na spacerze, po prostu brałam psa na smycz i szliśmy dalej, jeśli kulił się w pokoju, pozwalałam mu.
Ale to przesada.
Nie mogę patrzeć, jak on tak się męczy. Przecież nie będę mu codziennie podawać leków.

Postanowiłam nad burzami popracować.

Teraz, gdy widzę pierwsze objawy paniki, staram się znaleźć Pimpkowi zajęcie. W klatce natychmiast ląduje gryzak a ja wołam psa do ćwiczeń. 
Zadanie staram się mu maksymalnie ułatwić. Nie uczymy się wtedy nowych rzeczy, raczej szlifujemy te już "naumiane". Poziom trudności stopniuję w zależności od poziomu strachu. Na początku możemy się bawić, potem nie wchodzi to już w grę. Ostatnim etapem jest ćwiczenie kontaktu wzrokowego, stanowi ono też podpowiedź - "u mnie szukaj ratunku". Nie przeciążam psa. Staram się zainteresować go sobą i odwrócić jego uwagę od straszliwej straszliwości. Nie trzymam go na siłę, tylko tyle, ile jest w stanie znieść. 


Zauważyłam, że te działania zaczęły przynosić efekt. Pimpek oczywiście dalej bardzo się boi, ale zaczyna sobie lepiej radzić ze stresem. Pojedynczy wystrzał na spacerze nie jest już katastrofą, da się go puścić w niepamięć i bawić się dalej.

A jak Wasze psy znoszą burze?

niedziela, 30 lipca 2017

Brawo dziecko!

Pimpek miał skończyć karierę w agi na pierwszych i ostatnich zawodach. Zaklinałam się, że to koniec, że jest za stary. 
A potem przeczytałam wywiad z Oili Huotari, Mistrzynią Świata Obedience 2016 (KLIK). Co ma piernik do wiatraka? Pozornie nic. 
Ale trybiki w moim mózgu zaczęły pracę, maszyna myśląca ruszyła i wypluła wniosek.

MUSZĘ ZROBIĆ COŚ

Muszę, bo zwariuję! Muszę i już, koniec kropka. To, co robię teraz z psem jest niewystarczające, nie dość wow dla mnie samej, potrzebuję odmiany!
I tego samego dnia umówiłam się na agility do Tomka Jakubowskiego.
"Lena, zgłupiałaś?" - zapytała moja znajoma. Może tak, ale każdy ma w sobie trochę szaleństwa. Moje właśnie wystrzeliło. Wybuchło jak supernowa.

Tydzień później jechałam na Mokotów. Ze sobą miałam psa, plecak i zorganizowaną naprędce koleżankę (pozdrawiam serdecznie E!).
Na miejsce dotarłyśmy przed czasem, ale spacer zapoznawczy zaskutkował kilkoma minutami spóźnienia. Gdy rozejrzałam się po okolicy, poczułam się jak w niebie. Gdzie nie spojrzeć, wszędzie ćwiczący coś ludzie z psami. Największe wrażenie zrobił na mnie trening flyball. 

Nie zaczynam regularnych treningów agility i nie zapisuję się (na razie :P) na żaden kurs. Znam swojego psa i mimo pełnych podziwu okrzyków Tomka "dziewięciolatek!" zdaję sobie sprawę, że nie jest już młodzikiem. Pojechałam na ten trening głównie dla siebie. Każda godzina na torze, każda minuta, zbliża mnie do perfekcji. Do tego, czego osiągnąć się nie da, ale do czego trzeba dążyć. Dlatego byłam wyluzowana. Pimpek nie jest szczylem wziętym pod agi, nie boję się, że coś nieodwracalnie zepsuję. To nie jest jego droga. Dlatego bez obaw poprosiłam, żebyśmy najpierw zrobili tunel miękki. Mój geniusz załapał bardzo szybko.
Pimpuś tunele kocha z resztą wielką miłością, dlatego i tunel prosty nie nastręczał większych trudności, mieliśmy tylko jedną odmowę.
Prawdziwym wyzwaniem okazało się dołożenie trzeciej przeszkody w linii prostej. Po pokonaniu drugiej, pies zupełnie się rozpraszał. Trzecią mógł jeszcze przeskoczyć z rozpędu, ale potem był już nie do zawrócenia. 

To z czego się bardzo cieszę, to że udało nam się mimo wszystko osiągnąć wysoki poziom skupienia. Chyba po raz pierwszy Pimpek patrzył na mnie, gdy ja słuchałam tomkowych instrukcji. Radosny czekał na dalsze ćwiczenia. Jak to woła Tomek - BRAWO DZIECKO!

Mam nadzieję, że niedługo uda nam się znowu wybrać na takie zajęcia. Dały mi niesamowitego kopa i zaowocowały dwiema stronami notatek w psim zeszycie :p


A moje serduszko puchnie z dumy, bo usłyszałam, że Pimpek ma bardzo dobrą sylwetkę <3

czwartek, 6 lipca 2017

Projekt Odrodzenie - postępy

Minęły dwa miesiące z kawałkiem odkąd przystąpiliśmy do Projektu. Wypadałoby dać znać jak tam nam idzie ;)

dla przypomnienia

Udaje nam się ładnie realizować:
Punkty 1 i 6 - zrealizowane razem - przedwczoraj pojechaliśmy do miasta, wycieczka tramwajem w okolice centrum handlowego wyewoluowała i stała się podróżą pociągiem do podmiejskiej miejscowości i powrotem 20km na rowerze.
Niestraszny nam gwar miejski ni prace budowlane

Udało nam się odwiedzić Bobby Burger.
To prowadzi nas do punktu 8 i 18 - ok, z tym bieganiem żebym ja biegała to tak marnie, ale kombinujemy z zamiennikami. Ja ćwiczę rolki i rower, żeby dać radę na wspólnym treningu. Pimpek zaś biega za piłka i przy rowerze. Dziś wyjeżdżamy na kilka dni na wieś, więc jakieś wycieczki rowerowe luzem na pewno uda się zorganizować.


Luzem, czyli punkt 16. Znowu zaczęłam pracować nad chodzeniem na spacery bez zapinania na smycz. Ćwiczymy porozumienie (i jest coraz lepiej!), co przekłada się na punkty 3 i 13..Jeśli chodzi o dłuższe spacery i nad wodę - pierwsze dwa tygodnie wakacji poświęciłam na regenerację swoich sił (czyli się leniłam) i nie chciało mi się rano wstawać. Muszę się jednak ogarnąć i zacząć rano chodzić nad Wisłę - dzięki temu uda nam się zrealizować punkty 5 i 15.
Tak wygląda z góry Królowa Polskich Rzek

Ćwiczymy główne obi i rzeczy przydatne na zawody (myślimy o punkcie 7). Punkt 10 idzie nam całkiem nieźle, muszę jeszcze przełamać swoje opory przed próbowaniem większej liczby kroków.
Punkt 14, czyli sztuczki. Mam parę rzeczy rozgrzebanych, fajnie byłoby je dokończyć, ale w sumie średnio jakieś większe pomysły. Jeśli wiecie czego mogłabym Pimpka nauczyć to piszcie w komentarzach ;)

Handmade, oszczędzanie, plan treningu i regularne dodawanie postów leży i się nie rusza. to co muszę wykonać sama jest najtrudniejsze! :P


środa, 21 czerwca 2017

Pimpek, APORT!

...wraz z okrzykiem w niebo leci wyrzucona piłka, pies zrywa się w chmurze pyłu i z niesamowitą prędkością pokonuje kolejne metry. Zatrzymuje się w miejscu, zęby zaciskając na upragnionym przedmiocie. Zawraca i biegnie prosto do przewodnika. Upuszcza zabawkę u jego stóp a jego oczy mówią "jeszcze, jeszcze, jeszcze...".

Zmuliłam. Zmuliłam strasznie. Wydawało mi się, że skoro Pimpek umie przynieść piłeczkę pięć razy i mniej więcej oddać, to jest okej. Nie trzeba nad tym pracować. O jak wielki mój błąd!
Teraz widzę, że umiejętność zabawy w aportowanie jest jedną z najważniejszych rzeczy w wychowaniu psa. Zwłaszcza psa, którego właściciel ma jakieś większe ambicje.
Często widzę psiaki, które spędzają cały spacer ganiając po łące za piłką. Mają obłęd w oczach. Nie są skupione na właścicielu, bogiem dla nich jest zabawka. Nie jest środkiem, jest celem. Pan zadowolony, nie ma problemu, pies się wybiega tanim kosztem. Domu nie zdemoluje jak sobie polata.
Aportowanie to wspaniałe ćwiczenie. I nie mówię tu o zapewnieniu psu ruchu. Bardzo dobrze wpływa na relację pies-właściciel. Odpowiednio przeprowadzane poprawia skupienie i uczy karności. Właśnie, odpowiednio przeprowadzone

Bardzo często myśli się o aporcie jako o czymś, co trzeba po prostu przerobić. Ja uważam, że pies powinien to też pokochać i przede wszystkim zrozumieć. Jest kluczem w wielu sportach. I nie chodzi tu wyłącznie o pracę na zabawki. To na przykład mój pies umie. Nakręca się jak powinien, nie ma problemu z przejściem miedzy zabawką a ciastkiem. Ale kiedy chodzi o zwykłe rzucanie i gonienie, traci zainteresowanie bardzo szybko. A to, cóż, fatalnie wpływa na mój autorytet ;)
Dlatego też mamy taki problem z dyskami. Ćwiczenia blisko mnie, różne take'i, overy, co tam jeszcze, działa pięknie. Dalsze rzuty powodują spadek skupienia w tempie, z jakim wędzony kurczak zostaje pożarty, gdy przypadkiem spadnie na podłogę w czasie przygotowywania obiadu.
Na niechęć Pimpka do aportu wpłynęło też dostanie parę razy w skórę od Riko, kiedy ten bardzo mocno bronił zasobów. Jeśli inne psy próbują złapać tę samą piłeczkę, Pimpuś nawet nie spróbuje jej podebrać. Jest szybki, więc dobiegnie do niej pierwszy, ale minie, zostawiając innym całą chwałę.

Czas wakacji zamierzam poświęcić właśnie na ćwiczenie różnych rodzajów aportu. Fajnie byłoby w końcu zrobić też aport formalny, ale do tego potrzebuję fajnego zwykłego.

Jak na razie bawię się z Pimpkiem, co jakiś czas wykonując krótkie rzuty i uciekając (zachęcam do gonienia). Wplatam w to sztuczki, za które mogę nagrodzić go zabawką, dosłownie 5 sekund samodzielnego mamlania i znowu razem. Traktuję to jak pracę. Nie ma rozpraszania, nie pozwalam na inne zajęcia. To jest ćwiczenie. Jeśli zaczyna olewać zabawkę, stanowcza korekta przywraca go do porządku. I widzę, że to działa. Kolejny aspekt naszego życia, w którym pojawiają się jasne zasady. Pimpuszonek chętnie porusza się po wyznaczonym przeze mnie obszarze. Po raz kolejny sprawdza się teza, że psy nie lubią zbytniej swobody. 


A zatem zasady, zasady, praca, czas. I będzie dobrze.


sobota, 3 czerwca 2017

Targi Łapa

Takiego wydarzenia nie mogliśmy przegapić. Niezwykła okazja, żeby na żywo zobaczyć jak wyglądają piękne obroże i smycze, dotychczas widziane tylko na zdjęciach w internecie.
Na ul.Mysią wybraliśmy się wraz z Beatą i Riko. Mieszkamy w Warszawie, zatem mogłyśmy bez problemu wyskoczyć na kilka godzin na miasto. Pewnym rozczarowaniem okazała się dla nas wielkość pomieszczenia, w którym odbywały się targi. Za to bardzo ciekawe były prelekcje, na nasze szczęście transmitowane na Facebooku. 
Ponieważ wszystkie stoiska obeszłyśmy w pół godziny (a to tylko dlatego, że czekałam na wykonanie graweru na adresówce a Riko miał sesję zdjęciową w kapoku za 600zł), wybrałyśmy się jeszcze do Maxi Zoo. Tam zastanawiałam się nad łańcuszkiem półzaciskowym. Myślę o takim do ćwiczeń obi, może wtedy Pimpek wyglądał by poważniej i nie byłby zaczepiany przez dzieciarnię... 


wtorek, 25 kwietnia 2017

Projekt ODRODZENIE

Na blogu Astora (KLIK) pojawił się nowy projekt do którego zdecydowaliśmy się przystąpić - ja świadomie, a Pimpek po prostu na wszystko się zgadza ;)

Zasady:

1. Nie musisz wykonywać wszystkich punktów z listy jeśli problemy zdrowotne (psa bądź Twoje) nie pozwalają wam na to. medium;"
2. Możesz wyrzucić z listy dwa zadania ale zastąp je innymi, wybranymi przez siebie. *
3. Na wykonanie wszystkich zadań masz cały rok!
4. Możesz liczyć na nasze wsparcie i pomoc!
5. W każdej chwili możesz się poddać i zrezygnować z projektu
6. W każdej chwili możesz przyłączyć się do projektu!


W naszej wersji, zadania wyglądają tak:




Życzcie wytrwałości...

niedziela, 16 kwietnia 2017

Klątwa deszczu przerwana - Spontaniczne FreeXowe Zawody Agility z okazji Prima Aprilis

Jakoś tak zawsze się dzieje, że gdy jesteśmy z Pimpkiem na torze agility, pada deszcz. Nawet gdy pogoda wygląda znośnie w momencie mojego wyjścia z domu, to nie może ujść nam na sucho.
fot. Judyta Dziwińska
Oczywiście nie pozwalam psu ćwiczyć na mokrych, śliskich przeszkodach, wobec czego treningi zawsze kończą się szybciej niż się zaczęły... Dlatego pełna obaw jechałam na nasze pierwsze zawody.
Stał się jednak cud - cieplutkie słonko nie zasnuło się burzowymi chmurami. Po raz pierwszy w życiu doświadczyłam suchego biegania. Jako rodowita Polka muszę sobie ponarzekać: było nawet ZBYT cieplutko i słonecznie, przynajmniej taka była opinia Pimpka...


Nie nastawiałam się na wygraną a nawet na ukończenie wszystkich biegów, dlatego bez żalu zrezygnowałam z czterech z sześciu, na które się zapisaliśmy. W rezultacie przebiegliśmy tylko jumpingi, porzucając agility 0 i tuneliadę.
Cele, które sobie postawiłam zostały osiągnięte w zadowalającym mnie stopniu.

  • klatka - po wakacyjnym seminarium zależało mi, żeby Pimpek był cicho nawet gdy odchodzę dalej i traci mnie z oczu; gdy poszłam zapoznać się z torem było troszkę szczekania, ale po kilku minutach psiak uspokoił się


  • moje ogarnięcie pod presją - myślę, że było ok, nic nie pomieszałam, nie zapomniałam trasy (lepiej niż na treningach :D )
Ogarnianie toru. Jestem tu, z tyłu. Dziewczyna z najdłuższymi włosami :p
fot. Hanna Kowalska
  • skupienie psa - nie było super, Pimpek wykazał się kreatywnością. Kilka przeszkód zaliczył więcej razy niż powinien, ale w sumie za to go kocham. Jestem z niego dumna, bo przynajmniej w pierwszym biegu nie wypadł z toru - to że w drugim zrobił to dobre 4 razy to już nieważne...




Tak mniej więcej wyglądał tor w założeniu organizatora 



Zawody pozwoliły mi dowiedzieć się pewnej nowej rzeczy o moim psie, którą muszę przepracować. 

Otóż, Pimpek totalnie głupieje, gdy zdejmie się mu obrożę (szelki zapewne tak samo). Dlatego był nieskupiony na torze, po prostu nigdy nie uważałam za zasadne uczenia go pracy nago. 

Zapaliłam się też by ćwiczyć agi troszkę poważniej i pójść na jakiś kurs. A kto wie, może na jesieni uda nam się ukończyć jakiś bieg bez disa..?

Podsumowując - nasze drugie zawody w życiu, dużo trudniejsze od poprzednich - no proszę, SpeedWay to lajt, nie wymagał przygotowań ani zbytniego myślenia. Tym razem musiałam znaleźć mózg, ogarnąć torek, żeby przypomnieć psiakom co to wszystko jest na kilka dni przed zawodami... I myślę, że to mi się udało :p



Pragnę serdecznie pogratulować Beacie i Riko, którzy pojechali na zawody z nami i udało im się wywalczyć drugie miejsce w Agility 0! Jesteście wspaniali!

poniedziałek, 13 marca 2017

Nie zaklinam!

Kim jest Cesar Millan wie chyba każdy kto interesuje się psami.
Związane z nim zamieszanie wybuchło ze wzmożoną siłą w związku z jego niedawnym występem w Łodzi.


"Znany z takich hitów telewizyjnych jak: „Zaklinacz psów” i „Cesar Millan na ratunek”, Millan jest wybitnym autorytetem w tresowaniu psów. Podczas show przekaże widzom swoją filozofię zaufania, szacunku i miłości. Pokaże w jaki sposób wychowywać psa od jego najmłodszych lat, tak aby zbudować z nim zdrową i szczęśliwą relację."
Tak na temat Cesara pieje Dziennik Łódzki. Prawda to?

NIE SĄDZĘ

Kim jest Millan?

Bez wątpienia postacią kontrowersyjną.
Dobrym showmanem.
Dla niektórych istnym objawieniem, dla innych katastrofą i nieszczęściem.
Człowiekiem przekonanym o własnej nieomylności.
Przeciwnikiem szkolenia pozytywnego.

Cesar zrobił jedną, dobrą rzecz. Uświadomił masom, że psy potrzebują zasad. Niestety, na tym jego pozytywny wpływ na szkolenie psów się kończy. 
W opozycji do Millana często stawia się Victorię Stilwell, która zresztą nie wypowiada się o nim przychylnie. Oboje mają znane programy w telewizji, piszą poczytne książki. Victoria jest trenerem pozytywnym (dziękuję za polecenie mi artykułu gdzie wyjaśnia na czym polega jej Positive Training), Cesar wyznaje swoją metodę, opartą o teorię dominacji i dziwnie brzmiące "energie".

Zanim ktoś mnie oskarży, czytałam zarówno "Ja albo mój pies" jak i "Zaklinacz psów" (niestety w przekładzie na język polski) i żadnego z dzieł nie uważam za absolutną wyrocznię. Zabrzmi to niepopularnie, ale w wychowaniu mojego psa stosuję i warunkowanie pozytywne, i awersję. Nie uważam, aby jedną techniką dało się wychować każdego psa na świecie, na mojej półce z książkami stoją przeróżne pozycje. Co więc przeszkadza mi w metodach tego szkoleniowca?

Opowieści o "energii" jako o uniwersalnym języku wszystkich zwierząt brzmią... pogańsko. Po prostu. Cesar to współczesny szaman. Nie zrozumcie mnie źle, sama dopiero co pisałam o tym, że psy wyczuwają ludzkie emocje, mówił też o tym Jacek Gałuszka w książce (o ile pamiętam, niestety moje książki Gałuszki zostały pożyczone i nie mam jak sprawdzić) "Aria równaj!". Ale czym innym jest po prostu mowa ciała czy zapach potu a czym innym wypełniająca istotę tajemnicza siła. Cesar stawia ową moc na piedestał, wynosi ją ponad psychikę czy psychologię. A to nie nauka, to szarlataneria.
Ciekawe jest też, jak te górnolotne tezy o zwierzętach, które przy spotkaniu z odpowiednio przygotowanym "duchowo" (propozycje by przed wydaniem psu polecenia pomedytować lub się pomodlić są po prostu irracjonalne, już widzę jak mój pies szykuje się do ataku a ja wyciągam różaniec z kieszeni) mają się do praktyki, do tego co Millan pokazuje widzom w TV. A pokazuje siebie jako zadufanego w sobie pyszałka, absolutnie przekonanego o swojej racji, maskującego dobrą miną porażki. Trzeba pamiętać, że Cesar jest samoukiem. O potrzebach psów uczył się od półdzikich zwierząt wiejskich na farmie dziadka. Wiele się domyślił, ale też wiele zrozumiał opacznie. I bardzo często oglądając jego programy widzimy, jak prowadzący mylnie odczytuje mowę ciała psów interpretując na przykład zmęczenie, fizyczne wyczerpanie walką jako... relaks, a czujności dopisując pragnienie dominacji.

"[...] Beauty to wymizerowana suczka rasy owczarek niemiecki, która wykazuje silne objawy agresji wywołane strachem. Jeśli ktoś chce się do niej zbliżyć, suka podkula ogon, kurczy się i albo się wycofuje, albo atakuje. Żeby przyczepić jej smycz do obroży, musiałem ją złapać, fizycznie zmęczyć i czekać aż się podporządkuje. Musiałem powtarzać ten rytuał tysiące razy, aż zrozumiała, że gdy wyciągam rękę, najlepszym wyjściem jest podejście do mnie."
Jak widać, nie ma miejsca na powolne oswajanie psa z lękiem, na tworzenie mu strefy komfortu. Metoda Cesara to najczęściej "zanurzenie", czyli najmocniejsza z wersji ekspozycji. Polega nie tyle na konfrontowaniu zwierzęcia z przedmiotem fobii (lub innych silnych emocji) a na postawieniu go w sytuacji gdy stężenie strachu jest na tle silne, że "pacjent" może się przełamać i przestać bać. To wymaga jednak zaufania, nie sądzę by taką relację dało się wypracować w ciągu jednej czy nawet kilku sesji treningowych (Cesar szczyci się w końcu że jego działania przynoszą szybszy efekt niż trening pozytywny). W związku z tym częściej obserwujemy (mówię tu o programie telewizyjnym) psa popadającego w bezradność. To częsty efekt szkolenia pana M. Zwierze nie wykazuje reakcji lękowych czy też obronnych, wszyscy się cieszą, mamy sukces. Szkoda tylko, że często po jakimś czasie problemy wracają ze zwielokrotnioną siłą... Jest jeszcze jedna rzecz.

Dominacja. Ta teoria została obalona już ładne kilka lat temu, niestety do Millana jak widać ta wiadomość nie dotarła. Wciąż mówi on, że psy tworzą z ludźmi stado a zachowania jakie przejawiają między sobą przekłada bezpośrednio na relację z właścicielem. Wg niego, każdy pies próbuje nas zdominować, a nawet jeśli nie, to jest zmuszony to zrobić przez nieudolność swoich państwa. Pies ma być "spokojnie posłuszny", taką energią ma się cechować. Nie ma być kreatywny, twórczy, oferujący. Ma być grzeczny. Posłuszny to jest niewolnik na plantacji. Ja nie chcę, by mój pies był moim niewolnikiem. Nie czynię z niego równorzędnego partnera, wiem że to pies. Ale chcę, by potrafił i nie bał się wykazywać inicjatywę.

Wspomniałam o znanej trenerce pozytywnej, to warto poświęcić kilka zdań komuś z przeciwnej strony barykady.
Pisałam już, że stosuję awersję. Mieszam ją ze szkoleniem pozytywnym, zależnie od sytuacji.

Na mojej półce stoją dwie książki autorstwa pana Leonarda Wacha i jego synów. Nie są to moje ulubione pozycje. Panowie reprezentują tradycyjną szkołę awersyjną. Gdybym miała wybierać pomiędzy ich metodami a metodami Cesara Millana...
Wybrałabym starą szkołę. 
W tradycyjnej metodzie psy są karane, tak. Ale trenerzy (mówię tu o tych, którzy wiedzą co robią, partacze to temat na oddzielną notkę) znają ich mowę ciała, zwyczaje, zachowania i nie mylą niedotlenienia ze zrelaksowaniem (patrz na yt psiaka o imieniu Shadow, jednego z tych, które odważyły się zadrasnąć Zaklinacza). Psiaki dostają prosty i zrozumiały komunikat. Jest nagroda, gdy zrobią dobrze (wprawdzie raczej nie ciastko czy zabawka ale pochwała, pogłaskanie, znak że tak ma być) i kara, gdy zrobią źle.
Tymczasem Millan zachowuje się jak machający rękami, przekonany o swojej sile führerek, na zmianę to epatując groźną postawą, to bijąc, szarpiąc i kopiąc. Pies jest zagubiony, nie wie co się dzieje, boi się i wtedy właśnie Cesar cieszy się, że osiągnął sukces i wygłasza kolejne orędzie do kamery. A w czołówce ostrzeżenie "nie róbcie tego w domu"...

Podsumowując
Zawsze można znaleźć coś dobrego. W metodzie Cesara Millana jest to podkreślanie, że pies nie jest człowiekiem, że jego podstawowym zmysłem jest węch i że potrzebuje jasno określonych zasad. Z rzeczy złych... Cała reszta.

NIE ZAKLINAM
http://niezaklinam.pl/

NOTA
Słów "trener", "szkoleniowiec" używam zamiennie. Nie semantyka jest przedmiotem tego posta.

środa, 22 lutego 2017

Emocje i pies

Wczoraj na spacerze spotkałam kumpla. Gadka szmatka, ploteczki, takie tam. W pewnym momencie on powiedział
"zazdroszczę ci że masz psa, przynajmniej masz na kogo krzyknąć"
Zaśmiałam się i rozmawialiśmy dalej. Ale zaczęłam się zastanawiać...
Emocje nie powinny dochodzić do głosu w relacji z psem, co do tego chyba nikt nie ma wątpliwości. W sumie dla skutecznego szkolenia potrzeba niezłych umiejętności aktorskich - to wylewne chwalenie chociażby. Ale właściciel też jest człowiekiem i nie zawsze ma cudowny humor.



Odłóż trening
Jeśli pani w sklepie znowu nie miała grosika, szalik wciął ci się w suwak kurtki, wredna skórka od banana złośliwie zaczaiła się na ciebie na chodniku a autobus zamknął drzwi przed nosem nie podchodź do psa. Zirytowany nie przekażesz mu prawidłowo czego od niego oczekujesz, w związku z tym nie uzyskasz wymarzonego efektu. Stąd już prosta droga do awantury i kłótni z ukochanym psiskiem. A po co to?
Lepiej odpocznij. Weź smycz odpowiedniej długości (nie za krótka, wygodnie ma być!), udaj się w jakieś miejsce gdzie nie spotkasz małych, irytujących szczekaczy oraz osiedlowych morderców i odetchnij. Jeśli uważasz to za dobry pomysł, spuść psinę ze smyczy. Jeśli Wasze przywołanie kuleje, nie rób tego, unikaj sytuacji, które mogą Cię zdenerwować. Nie wymagaj za wiele, nie mów, po prostu idąc wyrzuć z siebie złość i frustrację. To Wam obojgu wyjdzie na dobre.

Wzmocnij swoją pewność siebie
Psy są bardzo dobre jeśli chodzi o odczytywanie naszego nastroju. Swego czasu niezmiernie dziwiło mnie, dlaczego mój grzeczny piesek czasem na spacerze oszczekuje wszystko co się rusza. Sama nie umiałam odkryć przyczyny tego zachowania. Dopiero po dość długim czasie ktoś zwrócił mi uwagę, że problemem jestem ja. Miałam niską samoocenę, nie byłam osobą pewną siebie i Pimpek doszedł do wniosku, że musi mnie bronić. Zmiana nastawienia i problem minął. Wraca gdy mam zły dzień, wtedy pies staje się moim największym obrońcą. Jest to dobry sygnał do ogarnięcia się...

Pozwól psu zarazić się radością
Nie trzeba wiele wysiłku by ze zmotywowanego (a zakładam że jest taki spory procent pupili czytelników) wykrzesać entuzjazm. Jeśli jesteś smutny, pozwól psu się pocieszyć. Pobaw się z nim jak pies. Serio, padnij na podłogę i turlajcie się oboje. Nie myśl jak to wygląda, "co powiedzą sąsiedzi" i tak dalej. Po prostu się baw. Jak dzieci, w wolności. Buduje to fajną więź no i jest dobrym początkiem(lub zakończeniem) treningu.



Podsumowanie?
Nie traktuj psa jak worka treningowego. Nie po to go masz, by krzyknąć, by wyładować na nim emocje. Pamiętaj, że jest dla Ciebie ale i Ty dla niego. To Twój kompan, towarzysz w życiu. Nie zabawka.
Weź od niego jak najwięcej (byle nie narządy wewnętrzne, nie przydadzą się raczej) i daj mu z siebie co najlepsze.
Dobrze się baw. Trening nie może być przykrym obowiązkiem, bo wtedy będziecie się męczyć oboje. To ma być wspaniała przygoda.

Jeśli chcesz krzyczeć, to krzycz w poduszkę. Psa to na smycz i na spacer!

Witajcie!

Ten blog powstał przez oddzielenie od bloga Osiem Łap i Jeden Ogon. Po dwóch latach wspólnego blogowania postanowiłam, że czas na własne miejsce w internecie. Posty zostały przeniesione, szkoda mi tych dwóch lat pogrzbać.

A zatem weźcie filiżankę gorącej herbaty lub pyszną kość (w zależności od gatunku którego przedstawicielami jesteście) i zapraszam do czytania!

niedziela, 29 stycznia 2017

Co tam w styczniu

Styczeń upływa nam pod znakiem przygotowań. Przygotowujemy się do podjęcia działań... Czyli w sumie nic nie robimy :P


Jak już pisałam, coś sobie klikamy, chodzimy, ale to na czym najbardziej mi w tym roku zależy, czyli obi i frisbee leży odłogiem.
Kupiłam piłkę okrągłą i orzeszek, teraz przeprowadzam research. Nie chcę nic zepsuć, tylko wykonywać poprawne ćwiczenia.
Zdobyłam też matę do jogi, dzięki niej Pimpkowi jest dużo łatwiej robić zmiany pozycji, nie ślizga się jak na panelach.



Jeśli chodzi o zdrowie, to USG wykazało tłuszczaka w klatce piersiowej. Za półtora tygodnia jesteśmy umówieni na kontrolę, wtedy okaże się, czy będziemy ciąć.

wtorek, 17 stycznia 2017

Ucz się z Pimpkiem - Trzymanie Noża

"Ucz się z Pimpkiem" to nowa seria, w której będę pokazywać zarówno gotowe już sztuczki, jak i proces ich uczenia wraz z komentarzem. 
Dzięki temu mam nadzieję zachęcić Was do nagrywania i analizowania swoich treningów z psem.



Pimpek jest psem, dla którego używanie pyska nie jest czymś oczywistym. Gdy nie wie co zrobić ze wskazanym przedmiotem wybiera łapy. Dlatego bardzo dużo pracy poświęcam w nauczenie go trzymania.


Czemu akurat nóż? Jest przedmiotem nietypowym, zrobionym z metalu, ale zupełnie inaczej wyważonym niż na przykład metalowy koziołek. Ten, którego używam w nagraniu, ma rękojeść oplecioną paracordem (sznurkiem) co miało ułatwić psu domyślenie się, że łapanie za ostrze nie jest dobrym pomysłem. 

Nagranie nie zawiera początku nauki, gdy używałam klikera by zaprzyjaźnić psa z nowym przedmiotem. Klikałam mu zainteresowanie nożem, a zwłaszcza jego "bezpieczną częścią". Tu, inaczej niż zazwyczaj przy klikaniu, używałam korekty gdy pies próbował łapać za klingę. Chodziło o bezpieczeństwo. 

Korekta to u mnie słowo OJOJ. Pimpek jest jej już nauczony, oznacza ona "nie o to mi chodzi, spróbuj inaczej bo i tak nie dostaniesz nagrody".

W tym pierwszym etapie nie używałam żadnej komendy. Dopiero na filmiku zaczęłam mówić TRZYMAJ, by rozszerzyć wachlarz przedmiotów, które to słowo obejmuje.
Możecie zauważyć, że często przed podaniem psu przedmiotu mówię jego imię. To mój zwyczaj, dość wątpliwy jeśli chodzi o szkolenie. U nas działa, ale ogólnie - nie polecam.
Palenie komendy. W dużym skrócie, nazywamy tak uczenie psa, że komendy nie musi wykonać, poprzez wypowiadanie jej w sytuacji gdy wiadomym jest, że psiak nas nie posłucha. Zdecydowałam się pokazać Wam ten błąd, bo w czasie sesji nawet go nie zauważyłam. Jasny dowód na to, jak łatwo go popełnić.

DAJ/PUŚĆ
Dźwięk metalu upadającego na posadzkę może być nieprzyjemny. Tu zauważyłam, że Pimpek ma z nim problem, dlatego po powiedzeniu komendy PUŚĆ podałam mu rękę by wykonał DAJ. Wybrałam mniejsze zło, naginając trochę komendę. Inaczej robił to sam, jak w kolejnej próbie, gdy się położył by upuścić przedmiot z mniejszej wysokości.

Najciekawsze jest ostatnia próba, był to koniec sesji. Nie kazałam mu już puszczać a podać mi broń, by uczynić ćwiczenie jak najbardziej komfortowym i zapewnić mu sukces.

niedziela, 15 stycznia 2017

Podsumowanie

Tak, nie było nas. Dość powiedzieć, że działo się naprawdę dużo. Rzeczy lepszych i gorszych. Rzeczy, które minęły i nie będę do nich wracać. Nowy rok, nowi my? Slogan, ale niech będzie.

Jeśli chodzi o 2016 rok, to udało nam się z Pimpkiem pokonać 1100km, czyli o 100 więcej niż planowałam. Mam nadzieję, że w tym roku uda się więcej!


Nadzieja. Potrzebujemy jej teraz. Pimpek ma kłopoty zdrowotne. W jego klatce piersiowej pojawił się guz. Na razie czekamy na usg. W jego wieku to nie jest już taka prosta sprawa, chociażby ryzyko związane z narkozą...


Póki co, staramy się korzystać z tego co mamy. Bawimy się na śniegu, chodzimy na spacery, klikamy coś w domu.




Właśnie, klikamy. Mało kto wie, że interesuję się nożami. Dotychczas dość platonicznie, ale postanowiłam w 2017 roku nauczyć się nimi posługiwać. Chciałam też, by polubił je Pimpek. Wzięłam najlżejszy z posiadanych i no...







Każdy komentarz to motywacja do dalszej pracy